Dziś dalszy ciąg opowieści o piłkarskim Londynie. O mega-mieście, w którym każdy kibic znajdzie coś, co lubi. To tu jak u siebie poczują się ci, którzy lubią mistrzowski poziom na murawie i biblioteczną ciszę na trybunach (Arsenal i Chelsea), zadowoleni będą tacy, którzy lubią oglądać zakazane gęby wytatuowanych grubasów (West Ham i Millwall), wreszcie fani, którzy lubią familijną atmosferę na stadionie (Fulham) i tacy, którzy lubią odwiedzać obiekty, na których większość kibiców zna się z widzenia (Leyton Orient, Barnet).
Z tegorocznych wakacji płynie dla mnie nauczka, że jednak lepszy wypoczynek jest z dala od ludzi, na przykład w polskich górach, ale to dygresja na inny czas.
Arsenal
Tydzień temu futbolową wędrówkę zakończyliśmy na obiekcie klubu Tottenham Hotspur w północnym Londynie. Stamtąd rzut beretem do siedziby odwiecznego rywala „Kogutów” czyli Arsenalu. Nie ma chyba sensu korzystać z komunikacji publicznej, najlepiej pokonać dystans „z buta”. Ale jakby ktoś uderzał z innej części miasta, też łatwo trafi, bo jest nawet przystanek metra o nazwie Arsenal. Co prawda odnosił się do starego stadionu „Kanonierów” czyli Highbury, ale ten nowy czy The Emirates jest tuż obok. Z racji sennej atmosfery na stary stadion złośliwi zamiast Highbury mówili „library” czyli biblioteka. Ale i tak w porównaniu z nowym obiektem to na Highbury była atmosfera rodem z Ameryki Południowej.
No właśnie, jak to jest z tym nowym stadionem? Czy jego budowa ma aż taki wpływ na politykę transferową Arsenalu? Bo widzicie, w Wielkiej Brytanii jest inaczej niż w Polsce. Nie jest tak jak u nas, że kwestię wybudowania stadionu bierze na siebie miasto. Innymi słowy u nas panuje system o roboczej nazwie: „daj, daj, daj!”, a tam każdy klub sam buduje sobie obiekt.
Jeden znajomy fan Arsenalu mówi, że dzięki sprzedaży mieszkań i apartamentów, które powstały na miejscu starego stadionu, udało się praktycznie w całości sfinansować budowę nowego obiektu. Chyba nie do końca jest, jak mówi ten kolega, ale z tego, co zdołałem wywnioskować, Arsene Wenger nie ma rąk związanych kredytami zaciągniętymi na budowę Emirates aż tak bardzo, jak zwykło się uważać. To raczej zdrowa troska o finansową higienę klubu powoduje, że „Gunners” nie wydają na nowych piłkarzy tak dużych pieniędzy, jak Chelsea czy Man Utd. Francuski menedżer woli młodych lub mało znanych ograć, wypromować (Emanuel Adebayor, Kolo Toure itd.) i potem odsprzedać z zyskiem.
Na pewno nie jest tak, że Wenger obawia się silnych osobowości wśród zawodników. Przecież kiedyś w szatni miał m.in. Dennisa Bergkampa (o ile więcej by „Kanonierzy” osiągnęli na arenie europejskiej, gdyby Holender nie bał się latać samolotami?), Tony’ego Adamsa (który zgłosił się na odwyk, bo doszedł do wniosku, że cztery piwa dziennie, które wypijał, to już nałóg) czy Davida Seamana. Dla tego ostatniego mam dozgonny szacunek. Nie za wąsa i kucyka rodem z filmów dla dorosłych tylko za piekielnie mocną psychikę. Otóż przez ponad 20 lat (tyle trwała kariera Seamana) kibice siedzący (czy wcześniej stojący) za jego bramką skandowali: „semen, semen”. Brzmi tak samo jak nazwisko bramkarza, ale oznacza spermę. Nie każdy by to wytrzymał…
Na pewno takich pieśni nie wytrzymałby polski bramkarz Arsenalu, Łukasz Fabiański, który dzięki swym licznym gafom zyskał przydomek „Flap handski” co można tłumaczyć jako ten, który ma maślane paluszki. O wiele większe nadzieje „Kanonierzy” wiążą z tym polskim golkiperem, którego nazwiska nie da się wymówić, Wojciechu Szczęsnym, wypożyczonym w poprzednim sezonie do Brentford.
Arsenal to także książka Nicka Hornby’ego pt. „Fever Pitch” (polski tytuł: „Futbolowa gorączka”). Dziś może ta książka wypada blado, ale wydana w roku 1992 wywołała szok, gdy okazało się, że na mecze chodzą nie tylko troglodyci, których marzeniem jest łamanie kości innym. Kiedy taka pozycja ukaże się w Polsce?
Nieprędko, bo na razie u nas panują zupełnie inne realia. Nick Hornby nie byłby pewnie równie elokwentny po ośmiu godzinach podróży na mecz w bydlęcym wagonie drugiej klasy, ścieżce zdrowia w wykonaniu funkcjonariuszy z powiatowej komendy Policji i kiełbasie maczanej w przeterminowanym słoiku musztardy sarepskiej.
Nadzieja jednak jest, bo czasy się zmieniają. W latach 80., za kadencji menedżera George’a Grahama (o której głównie pisze autor), kibice rywali często śpiewali „boring, boring Arsenal” (czyli „nudny Arsenal”), a kibice „Kanonierów” wręcz tym style się szczycili śpiewając w odpowiedzi „One-nil to the Arsenal”. 1:0 dla Arsenalu to był wtedy najbardziej popularny wynik. A parę lat później przyszedł Wenger i stworzył jedną z najbardziej ekscytujących drużyn na świecie. Za jego kadencji Arsenal pięciokrotnie zdobył mistrzostwo Anglii i cztery razy Puchar Anglii.
Barnet
Podróż linią Northern Line (linia koloru czarnego) na północ do stacji High Barnet, zajmuje trochę czasu, bo to przecież aż piąta strefa. Wysiadając przy siedzibie czwartoligowego (League Two) Barnet przenosimy się nie tylko w przestrzeni, ale również w czasie. Stadion o nazwie Underhill to w porównaniu z odwiedzonym poprzednio The Emirates to dwa różne światy. Dość napisać, że na tym stadionie rozgrywają mecze rezerwy „Kanonierów”.
Wysiadając tu z metra człowiek ma prawo zastanawiać się, czy jest jeszcze w ogóle w stolicy Wielkiej Brytanii. To rzecz dyskusyjna, gdy już nawet Watford czy Luton bywają zaliczane do londyńskiego zespołu miejskiego. Okolice Barnet są dość wiejskie rzec można i akurat taki klub idealnie tu pasuje. Cóż jeszcze? Barnet zaliczył dopiero 15 sezonów w lidze zawodowej i każdy z nich to była raczej rozpaczliwa walka o przetrwanie. Na murawie i poza nią.
Queens Park Rangers
Wracamy do miasta, do jego zachodniej części, aby wysiąść na stacji White City i dotrzeć na stadion przy Loftus Road, gdzie grają Queens Park Rangers (w skrócie QPR albo po prostu Rangers). Liderujący obecnie w Championship piłkarze ubrani w biało-niebieskie pasy pragną nawiązać do lat 70., kiedy odnosili największe sukcesy – w sezonie 1975-76 zdobyli wicemistrzostwo Anglii, kończąc rozgrywki zaledwie o punkt za Liverpoolem.
Rangers byli w roku 1992 wśród założycieli „Najlepszej Ligi Świata” (zastrzeżony przez Premier League znak handlowy), ale po czterech sezonach z niej spadli i nie wrócili do dziś. W tym czasie przez chwilę na stadionie „Pasów” przy Loftus Road odbywały się mecze Premier League – grał tu Fulham podczas przebudowy Craven Cottage.
Stawiam pintę Guinnessa każdemu, kto znajdzie obiekt piłkarski, na którym trybuny są bliżej od murawy niż na stadionie QPR. Gdy siedzi się w pierwszym rzędzie jednej z trybun, można dotknąć ręką linii bocznej – dosłownie! Mimo że stadion ma niewielką pojemność (niecałe 20 tysięcy), aż trzy z czterech trybun są piętrowe. To sprawia, że kibic czuje, że jest w samym środku akcji, gdziekolwiek na stadionie siedzi. Gdy to piszę, aż żałuję, że nigdy tam nie byłem na meczu. Fajny, klimatyczny stadion w starym dobrym stylu. Szkoda, że gdy przyjdą sukcesy (awans do Premier League) to, jak znam życie, będzie musiał zostać zburzony. Rozbudowa nie jest za bardzo możliwa z racji okolicznej, gęstej zabudowy.
Okolica też fajna, w pobliżu odbywa się coroczny Karnawał w Notting Hill. Nic dziwnego, że jako kolejną zabawkę klub ten kupił sobie Flavio Briatore, znany z Formuły 1 z i tego, że sypiał z niemiecką modelką Heidi Klum, chociaż jest od niej o 23 lata starszy.
Fulham
Mimo że założony w 1879 roku Fulham jest najstarszym z londyńskich klubów zawodowych, nie ma za bardzo, czego opowiadać i czym się chwalić. W klubowej siedzibie brak trofeów. Gdy właścicielem klubu został Mohamed Al Fayed (ex-właściciel słynnego londyńskiego Harrodsa), Fulham w roku 2001 awansował do Premier League, w której gra do dziś. Awans sportowy nie poszedł w parze z przyrostem liczby kibiców. Lata gry w niższych ligach i sąsiedztwo m.in. Chelsea zrobiły swoje. Gdy w tegoroczne wakacje Everton z Liverpoolu rozegrał towarzyski mecz z Evertonem z Chile, to Chilijczycy przywieźli na Goodison Park więcej kibiców (około 200 osób) niż kibice Fulham w zeszłym sezonie (jakieś 150 osób).
W zeszłym tygodniu byłem na stadionie Fulham, Craven Cottage, na meczu miejscowych z czwartoligowym Port Vale w Pucharze Ligi. W przypływie litości przyjezdni zaśpiewali „Shall we sing a song for you?” czyli „Czy to my mamy za was zaśpiewać piosenkę?” oraz, aby zupełnie poniżyć Fulham: „You’re just a little town in Chelsea” czyli „Jesteście jedynie małym miastem w Chelsea”.
A tak naprawdę to jest odwrotnie, bo Chelsea ma siedzibę w dzielnicy Fulham. Na trybunach przewagę mieli fani Port Vale, a na murawie było na odwrót: Fulham na luzie wygrał w strugach ulewnego deszczu aż 6:0. 15 funtów za bilet, w tej cenie 6 goli, gdybym takie rzeczy przeliczał, uznałbym, że się opłacało. Na szczęście nie przeliczam.
Kiepską atmosferę na stadionie Craven Cottage wynagradza jego wygląd. To chyba jedyny stadion, który posiada trybunę przeznaczoną dla kibiców neutralnych. Cottage znaczy chatka i faktycznie w rogu między dwiema trybunami znajduje się coś w rodzaju chatki.

Fot. Maciej Słomiński
Stadion Fulham to maleńki, nietypowy obiekt, teraz potrafię zrozumieć, dlaczego wyjątkowo ciężko się tu gra przyjezdnym.
Dzień wcześniej byłem na meczu Millwall (2:1 w Pucharze Ligi z Middlesbrough) i po tym co widziałem z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że zbiór kibiców uczęszczających regularnie zarówno na The Den, jak i na Craven Cottage, jest zbiorem pustym. Diametralnie inna jest średnia wagowa bywalców obu obiektów. Na The Den wszyscy pili colę i zagryzali chipsami. Nie jestem dietetykiem, ale jeśli taka dietę stosuje się w przypadku 7-latków, nic dziwnego, że rosną potem potwory. Na Millwall ujrzałem obrazki dobrze znane kibicom uczęszczającym na mecze w Polsce. Nie będzie zdjęć tych otyłych gentlemanów z tatuażami, gdyż fotek sobie nie życzyli, a szczerze to... wolałem nie pytać.
W wycieczce na stadion Fulham nie mogło zabraknąć wątku o Bogu Futbolu, czyli samym Diego Armando Maradonie. Gdy wracaliśmy metrem, widząc meczowy program w naszych rękach, pewien Włoch z Neapolu z ogniem w oczach kiepską angielszczyzną zaczął opowiadać historię datującą się na lata 80. Otóż gdy Diego Maradona grał w Napoli, pewnego razu w przerwie meczu ktoś wrzucił na murawę pomarańczę. Diego jak to on, nie lubi bezczynności, zaczął owocem żonglować. Po paru minutach popisów kopnął owoc w trybuny. Oczywiście złapał go Włoch spotkany przez nas w metrze ponad 20 lat później. Trzeba było widzieć ogień w jego oczach po tak długim czasie…
Brentford
Przenosimy się dalej na południowy zachód gdzie mieści się Griffin Park, a tam siedzibę ma Brentford, klub obecnie trzecioligowy (League One). W zeszłym sezonie do tego klubu wypożyczony był nasz bramkarz, Wojciech Szczęsny, i zyskał bardzo pochlebne recenzje. Brentford jest znany z trzech rzeczy:
1) Jak głosi popularny mit, jego piłkarzem w latach 60. był znany szkocki piosenkarz, Rod Stewart. Sam zainteresowany w wywiadzie z roku 1995 zdementował te niedorzeczne plotki.
2) Na zewnątrz każdego z rogów Griffin Park znajduje się pub. To jedyny taki obiekt w Anglii. To lubię!
3) Na dachu jednej z trybun znajduje się gigantyczna strzałka mająca wskazywać drogę samolotom lądującym na niedalekim lotnisku Heathrow. Oprócz strzałki na dachu jest reklama jednej z linii lotniczych Obecnie jest to Qatar Airways, ale w przeszłości były to m.in. KLM oraz EasyJet.
„Bees” (czyli „Pszczoły”) grały przeważnie w niższych ligach. To, że w okolicy ma siedzibę tyle klubów piłkarskich (Chelsea, Fulham, QPR, Brentford czy Wimbledon oraz trochę dalej Palace), sprawiało, że od czasu do czasu odżywają pomysły dotyczące fuzji. Często w tych rozważaniach brał udział Brentford. Miał się łączyć z QPR, z Fulham czy też z Palace. Oczywiście kibice nie chcieli o tym słyszeć.
Relacje między fanami w tej części miasta są dość łatwe do opisania. Istnieje pewna hierarchia. Brentford nie przepada za QPR, a ci z kolei ledwo dostrzegają istnienie „Pszczół”. Z kolei Rangers najbardziej nie trawią fanów Chelsea, którzy dla „Pasów” mają jedynie pogardę. Psycholog tłumaczyłby to kompleksem niższości powstałym na tle kompleksu wyższości. Albo na odwrót. Z kolei wszyscy objawiają dość protekcjonalny stosunek do Fulham, który nie ma za wielu fanów. Chociaż też nie do końca tak jest, bo podczas tegorocznego finału Ligi Europy, w Hamburgu, kibice Fulham śpiewali w stronę grających w biało-czerwonych pasiakach piłkarzy Atletico Madryt: „Are you Brentford in disguise?”. Czyli: „Czy jesteście Brentford w przebraniu?”. To chyba jedyny w historii finał europejskiego pucharu, w kontekście którego zaistniała nazwa Brentford.
Chelsea
Historia obecnego Mistrza Anglii dzieli się na dwa okresy. Przed i po Romanie Abramowiczu. Nie mają do końca racji kibice rywali „The Blues” śpiewając „you’ve got no history” (czyli „nie macie historii”), bo jednak było mistrzostwo Anglii w roku 1955 i Puchar Zdobywców Pucharów w roku 1971. Co by jednak nie mówić, prawdą jest, że przed rokiem 2003, zaznaczonym przybyciem rosyjskiego oligarchy, Chelsea to był klub celujący zupełnie gdzie indziej niż teraz.
Kiedyś to była rywalizacja na granicy pierwszej i drugiej ligi, a przed dwoma laty zaledwie jeden wykorzystany rzut karny dzielił „Niebieskich” od wygrania Ligi Mistrzów.
Negatywne uczucia innych kibiców drużyn wobec Chelsea z czasem osłabły, bo wiele klubów zyskało patronów spod ciemnej gwiazdy. Na moje oko, w stolicy dziś najwięcej widać koszulek właśnie Chelsea i Arsenalu. Oczywiście wiele jest czerwonych strojów Liverpoolu i Manchester United.
Nazwa Chelsea przyciągała w latach 70. i 80. różnego rodzaju świrów, niekoniecznie zainteresowanych wydarzeniami na murawie. Co dwa tygodnie na otwartej trybunie – The Shed, zbierali się amatorzy mocnych wrażeń. Oczywiście większość śledziła wydarzenia boiskowe, jednak to o rozrabiającej mniejszości pisały gazety. Karierę zrobiło określenie „Chelsea smile”, czyli to, co mieli czynić fani „Niebieskich” kibicom rywali poszerzając im uśmiech przy pomocy noża.
Inne wyczyny tych geniuszy obejmowały obrzucenie bananami pierwszego czarnego gracza „The Blues”, Paula Canoville, oraz prowadzenie tabeli ligowej nie uwzględniającej goli strzelonych przez zawodników kolorowych. Charakterystyczne, że w tamtym okresie w ogóle nie zmieniał się średni wiek fana Chelsea. Pewnie dlatego, że z czasem część kibiców uznawała, że jest już za stara na wygłupy.
W reakcji na ekscesy prezydent klubu, Ken Bates, zainstalował na Stamford Bridge płoty, które były pod napięciem. Nie słyszałem o drugim taki przypadku, nawet u nas.
Potem z grona łobuziaków wyłoniła się grupa Head Hunters czyli Łowców Głów. Brak sukcesów Chelsea sprawił, że ci właśnie „kibice” mieli okazję pojechać za granicę jedynie przy okazji meczów reprezentacji i właśnie oni stanowili trzon mającej też sporo a uszami grupy podążającej za kadrą Anglii. Dopiero policyjna operacja „Own Goal” (czyli gol samobójczy) polegająca na wprowadzeniu swoich agentów w szeregi Łowców Głów rozbiła tą grupę ostatecznie.
Trzeba jednak przyznać, że gdy na Stamford Bridge rządzili nastoletni rozrabiacy, atmosfera była o niebo lepsza niż teraz. Mimo groźnego wizerunku, fanów Chelsea nie opuszczało angielskie poczucie humoru. Pewnie dlatego nieoficjalnym hymnem fanów z zachodniego Londynu stała się dość obsceniczna pieśń pt. „Celery”, traktująca o… selerze. W czasie jej śpiewania kibice rzucali na murawę przemycone wcześniej za pazuchą warzywo Szukający broni masowego rażenia ochroniarze musieli mieć zdziwione miny znajdując seler. I nie był to Uwe Seeler. Tradycja przetrwała do dzisiaj, o czym mógł się przekonać Cesc Fabregas z Arsenalu.

Fot. Daily Mail
Od kiedy Chelsea zaczęła odnosić sukcesy, atmosfera kompletnie umarła. Trybuna The Shed jest, ale wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. Stadion też niewiele ma wspólnego ze starym Stamford Bridge, gdzie murawa była otoczona torem do psich wyścigów. Dziś na trybuny przychodzą chyba sami narkomani, bo panuje cisza jak makiem zasiał.
Wimbledon
I na deser Wimbledon, grający w pół-amatorskiej Conference (czyli piątej lidze). Z pewnością najbardziej znany klub pozostający poza czterema ligami zawodowymi. Klub, którego powikłane losy mogłyby stać się kanwą telenoweli. Wimbledon kojarzy się głównie z tenisem, ale w tej okolicy nie tylko piłki tenisowe były w użyciu.
Klub założony w roku 1889 spędził całą wieczność w niższych ligach, aby w roku 1977 dołączyć do ligi zawodowej. W ciągu 9 lat „The Dons” wspięli się najwyższy poziom ligowy, zaledwie cztery lata po tym jak grali w czwartej lidze.
Największy sukces piłkarze Wimbledonu odnieśli w roku 1988, gdy sensacyjnie wygrali w finale FA Cup z bardzo wówczas mocnym Liverpoolem. Z tego, co pamiętam, ten mecz był retransmitowany w Telewizji Polskiej i zrobił duże wrażenie. Wimbledonem rządził wówczas tzw. Crazy Gang, czyli przyjaciele nie tylko z boiska: Vinny Jones, Dennis Wise, John Fashanu, Lawrie Sanchez, Dave Beasant. Ten ostatni był pierwszym bramkarzem, który obronił rzut karny w finale FA Cup na Wembley. Jedyny minus tego niespodziewanego triumfu był taki, że po wydarzeniach na Heysel angielskie kluby zostały wyrzucone z rozgrywek europejskich i Wimbledon w Pucharze Zdobywców Pucharów nie zagrał. O „Szalonym Gangu” powstała bardzo ciekawa książką Matta Allena. Okładka, na której Vinny Jones ściska klejnoty „Gazzy”, mówi za siebie…

Mimo kolejnych sukcesów i awansów piłkarze „The Dons” ciągle grali „kick and rush”. Gary Lineker raz miał powiedzieć, że najlepszy sposób na oglądanie meczów Wimbledonu to telegazeta.
W międzyczasie postanowienia Raportu Taylora kazały wszystkim klubom zawodowym grać na stadionach z samymi miejscami siedzącymi. W 1991 roku Wimbledon z macierzystego stadionu przy Plough Lane przeniósł się na stadion Crystal Palace. Gościna, która miała być tymczasowa, trwała ponad 10 lat. Byłem w roku 1997 na meczu Wimbledonu „u siebie” z Chelsea. Wtedy tylko jedna trybuna (na cztery) była zapełniona fanami „The Dons”. Byli znani z małej frekwencji, czasem nawet czterocyfrowej, co na najwyższym poziomie ligowym w Anglii stanowiło rzadkość.
Władze klubu tak długo szukały nowej siedziby, ze znalazły aż 90 kilometrów na północ, w Milton Keynes. Ciekawostką jest, że przenosiny właśnie do Milton Keynes były rozważane już w roku 1979.
Napisać, że planowane przenosiny nie zyskały akceptacji kibiców Wimbledonu to nic nie napisać. Anglia to jednak nie Ameryka, gdzie właściciele przenoszą drużyny koszykówki czy hokeja i nic się nie dzieje. Fani „The Dons” zbuntowali się i podczas ostatniego sezonu w Londynie, frekwencja spadła z cztero- do trzycyfrowej. Fani rywali (wówczas już trzecia liga) również bojkotowali te mecze. Do dziś przeniesiona drużyna, czyli MK Dons, nie zyskała akceptacji reszty kibiców w Anglii. W przedsezonowych wydawnictwach jest ona notorycznie pomijana, jako twór sztuczny.
Fani „starego” Wimbledonu utworzyli amatorski AFC Wimbledon. Na pierwszy casting, zorganizowany w jednym z londyńskich parków, kiedy szukano graczy, przyszło kilkaset osób. Klub do dziś zarządzany jest przez kibiców. Na jego mecze, rozgrywane na stadionie Kingsmeadow, od samego początku, od najniższej ligi, przychodziło co najmniej trzy tysiące widzów. Celem jest powrót na Plough Lane, gdzie kiedyś Wimbledon z klubu amatorskiego stał się zdobywcą Pucharu Anglii. Czy historia się powtórzy? Wszystko idzie w dobrym kierunku. Na razie priorytetem jest mecz z tymi, którzy „ukradli” klub z Londynu.
Wimbledon i MK Dons dzielą dzisiaj jedynie dwa poziomy ligowe…
witam, może Pilarowi chodziło o tzw. przesuniecie do ważniejszych zadań? w nowomowie korporacyjnej taki "awans" oznacza wyrzucenie z roboty. pozdrawiam!
Dlaczego "nareszcie"?! Przeciez to norma, szczgolnie w przypadku redaktora Slominskiego!
Panie Pilarze, Pan sobie jaja robi, czy ja taki mało inteligentny? Pzdr RH
Genialny artykuł. Nareszcie jakaś "wartość dodana" a nie tylko dziennikarskie lanie wody
Panie Romanie, można "awansować" niżej! Choćby w polityce, z jednej frakcji do drugiej ;-)
No to masz Słoma wymarzony urlop, choć ja na swój, polski, bieszczadzki też nie narzekam :-)
Pozdrawiam
w Szkocji są góry i to piękne. jak nie będzie końca świata za 2 tygodnie wybieram się na Inverness - Hearts to właśnie niedaleko Inverness (koło jeziora gdzie mieszka potwór z Loch Ness) są te góry....no ale wydaje mi się, że to co własne to najlepsze. tak mi napisał niedawno jeden kolega ze Lwowa. coś w tym jest...pozdrawiam.
Panie Czarku, a mozna awansowac nizej? Chatka na Fulham piekna, niemal jak chatka Puchatka albo czym chata bogata. Susiec to Roztocze, niezle, ale czy lepiej niz Zawadki? W a Anglii sa jakies gory, Kolego Słoma? Ja wiem, ze sie wybieraja do Lodzi: M. Slominski, P. "Pablo" Grabowski z MF i FNews i moze trener Zielinski junior, ktory jest studentem, a nie trenerem.
"Chatka"na Fulham podobno wpisana jest w rejestr zabytków....
tak dokładnie chodzi o tzw. Beskid Niski przechodzący w kierunku wschodnim w Bieszczady. byłem z całą brygadą dokładnie w Zawadce Rymanowskiej, w bok od drogi z Rzeszowa w kierunku granicy, jakieś 8 km od granicy w Barwinku. obiecaliśmy sobie, że od teraz choć raz w roku coś w rodzaju agroturystyki...nawet nie szukałem, a przy okazji kontaktów służbowych już padlo kilka namiarów. okolice Augustowa, Hajnówka i Puszcza Białowieska, Susiec koło Tomaszowa Lubelskiego, coś koło Zamościa, nie pamiętam nazwy, ale plus taki, że blisko do Lwowa. apropos jutro Polska biało-czerwoni w pięknym mieście Łodzi, ktoś się wybiera?....życia nie starczy, żeby te wszystkie agro miejscowości obskoczyć...pozdrawiam życząc udanego weekendu.
Witam, wprawdzie nigdy nie byłem na Wyspacha, ale mam przeswiadczenie, że najładniejsze piłkarsko stadiony są tam na Wysapch. Taki Loftus Road QPR z trybuną tuz przy linii boiska to cos wspaniałego. Moze niech ten QPR nie awansuje wyzej, szkoda stadionu i uroku. Pozdro.
Choc rezcz dotyczy gór, polskie góry to dla mnie temat... rzeka. Niby mam zakaz ze wzgledu na cisnenie, ale jesli minie mi bol pooperacyjny, mam na po 10 pazdziernika obiecany taki 3-dniowy objazd od Babiej Gory, wzdluz Gorców, Dunajca, pod prad Popradu, Krynica, Wysowa, az po okolice Rymanowa (je chyba ma na mysli red. Slominski). Chciabym bardzo, juz licze dni. Pzdr RH